|
|
poniedziałek, 12 października 2009
puce
Gdy się zapomni o lampie, zmierzch za oknem potrafi zatchnąć. Zachwyca jak zdjęcie z przesłoną, jak pokruszone sieny, umbry i crimsony. Ale nie, nie. Wcale nie jestem w pudrowym nastroju. I istnieją, niestety, innego rodzaju zatchnięcia. Pierwsze z brzegu – rano makijaż przed toaletką. Niemrawo idzie, bo poranna nieprzytomność, więc wytrzeszczam oczy i ... i widzę, że landlord się wytaszczył ze swej kanciapy z przeciwka i zastygł. Oczywiście, pozbawiam się oddechu i niemalże oka. Parę dni temu – bratowa w akcji. Przybiega zziajana, cokolwiek przerażona, wymachując telefonem. Że wpadł do wody, że przestał działać i NIC się nie wyświetla, a mąż ma dzwonić za parę minut! Człowiek zdjęty, nie wiem w zasadzie czym? Litością najpewniej – sięga po tę komórkę i rozbebesza co trzeba i dopiero wówczas się dowiaduje, ze nokia wpadła do muszli klozetowej. Gnojówa. Oto, co sobie pomyślałam, zatchnąwszy się uprzednio. Aha. Mąż miał dzwonić w sprawie kolacji, bo został sam w domu i SAM musiał dzieciom przygotować strawę. Nie ma co się wyrywać z pomocą jednak. Zwyczajnie się miotam i boleśnie zadziwiam. Nagle nasza mansarda przestaje być uroczą. W łazience zimno, więc dmucham farelą i do obłędu doprowadza mnie jej szum. Psica landlordów po przymusowym pobycie w obozie (kennel jeśli ktoś woli) dostała wścieklicy i harczy gdzie, i jak może. O różnych porach dnia i nocy. A już sam właściciel doprowadza mnie do szału. Łupie drzwiami tak, że cały dom się trzęsie w posadach. I szczerze mówiąc, mam w dupie, że pisze kolejną książkę i że jest uduchowiony. Tak uduchowiony, że podczas urlopu w Grecji zapomniał, że żona pływała w morzu – zabrał manele, w tym jej ubrania, wrócił do hotelu i zasnął na amen. A ona wracała prawie naguśka i drżąca przez miasteczko, wystawiona na ostrza ludzkich spojrzeń i macki języków. I w dodatku długo wołała, bo on spał snem sprawiedliwego. Wszyscy, powtarzam WSZYSCY wylegli na balkony. Tak przynajmniej zeznała Olga. No więc nie mam zrozumienia dla niego i nie o tym zupełnie chciałam. Rozmawiałam ostatnio przez ten przeklęty komunikator i w potoku zawisło nade mną słowo. Damoklesowe. Pucenfrau! Z akcentem na pu – to słowo może zatchnąć. Wystrzelone w dobrej wierze, trafiło nie w płot. Mam nadzieję. À propos pu. Tak mi się przypomniało, że jednym z plusów pobytu na Barbados były majtki od J Lo. Pupa wyglądała bosko.
czwartek, 01 października 2009
Lullaby
Indian summer. Czas szarlotek , jesiennych paziów i mimoz. Szklarnia obrodziła gronami. Zapomniana, przycupnięta jakoś niezgrabnie przy północnym murze, szkliście mrużyła swe stuletnie oczy. Pod stopami szeleściły stare rozmowy, młode pędy uciekały w świat z niestałym kochankiem wiatrem. Olga w zamyśleniu pogładziła poskręcane konary. Z uśmiechem patrzyłam na jej pomarszczoną twarz i niechcący rozsypane białe włosy. Po raz nie wiem który przysłuchiwałam się opowieści o ogrodniku, który całe życie swoje poświęcił winoroślom. I gdy przyszedł czas – żal mu było umierać i do ostatniego tchu objaśniał jak przycinać, a ona przyrzekała, że będzie pamiętać i dbać. Czy zasnął spokojnie, czy w ostatniej chwili mogła się objawić udręka, niczym u Le Carré’a? A ona? Czy potrafiła? I co sobie powiedzą kiedyś, gdzieś na granicy światów?

czwartek, 06 sierpnia 2009
Nogi. Nie z tych roztańczonych.
Wiedziałam, że landlord załatwi speca od dachu właśnie wtedy, gdy zakutana w barchany będę odczyniać wirusa. Nieludzko speszona (kompromitująca żółta pidżamka bawełniana, z powypychanymi kolankami) oraz rozczochrana lojalnie uprzedziłam otwierając podwoje, że mam coś na kształt grypki – tak jak przewidywałam – rzucił się metr do tyłu miażdżąc rabatki. Tymczasem spec, jak spec – niczego się nie boi. Wdrapał się na piętro, ściągając po drodze buty, czym mnie jakoś rozczulił, ale i zaraz przeraził, gdy w szerokim uśmiechu pokazał bardzo przerzedzone oraz żółte zęby. Woń tytoniu wywołała dorodny rzęch z mych słabowitych piersi, rozmowa się nie kleiła, więc spec podumał, pomruczał i poszedł. Następnego dnia przy śniadaniu prawie się udławiłam. Czy normalnym jest taki widok?
I jak tu wydobrzeć. 
wtorek, 04 sierpnia 2009
Czarno-białe
Piękna pogoda w lamusie. Pachnące lipy, czarnej maści koń na pobliskiej łące – wszystko ulewnie zmyte. Ptaki kryją się w koronach, na potęgę znacząc zaparkowane samochody pod. Rączy po sąsiedzku okazał się być zwykłym wałachem – onanistą. I przecieka dach. Świat przez pryzmat kropel. Przed nami urlop, a ja załapałam się na wirusa. I tu również swobodnie obwiniam kropelki. I siedzę jako ta panna uwięziona, czy może żona, bo to ani wieża, ni warkocz już nie ten. Ludzie nie zasłaniają paszcz – kaszlą, kichają z wielkim gestem. Nad tym mgławym krajem unosi się jedna wielka wirusowica. I tyle. Przy porannej herbie - BBC NEWS. W zeszłym tygodniu teściowa dostała z policji ankietę. W związku z nasilającą się falą nożowników etc. poproszono mieszkańców o wypełnienie, dając jednocześnie możliwość swobodnego wypowiedzenia się w zakresie określenia przyczyn narastania niepokojącego zjawiska. Teściowa (rodem z Austrii) bez wahania przyczynę ustaliła – napływ imigrantów, zwłaszcza czarnych. Za dużo ich w UK. I kropka. A co począć z nastolatkami? Rącza odpowiedź: Hitlerjugend. Ona jest przecież żywym przykładem odpowiedniego wychowania. Prawowita obywatelka z brytyjskim paszportem. Tylko jak to napisać? Przeklęta political correctness...
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Żar
Ogrody popieleją, niebo parzy i zwodzi pomrukami. Rozpaloną głowę ratuje nasz middle room, zwykle ceniony za przytulność, teraz hołubiony wręcz ze względu na wschodnie usytuowanie okien. Przesuwam palcami po klawiaturze książek – każdy grzbiet wydaje inny dźwięk: zachęca, kusi, zniewala, gani – odłożony na wieczne potem. A tego czasu wciąż tak mało – sito cierpi na wytrzeszcz? Patrzę na środkową półkę regału i tak sobie myślę, o czym by rozmawiali, gdyby mogli i chcieli? Gross do Fenby’ego, Fenby do Irving’a, Irving do Davies’a, Davies do siebie a potem do Tolkien’a, Tolkien do Pascal’a, Pascal do Sharpe’a, Sharpe do Miłosza, Miłosz do Horwood’a, Horwood do Gaiman’a, Gaiman do Coben’a, Coben do Mayes, Mayes do przewodnika po Pradze, zaś przewodnik do Penney, Penney do Hrabala, Hrabal do Conrada, Conrad do Hrabala, Hrabal do Saint-Exupéry, Saint-Exupéry do Kafki, Kafka do Szczypiorskiego, Szczypiorski dwa razy do siebie a następnie do Kapuścińskiego, Kapuściński do Hrabala, Hrabal do Jonasa, Jonas do Bułhakowa, Bułhakow do reportaży roku 2000 – te do Rilke’go, Rilke do Fromm’a, Fromm do Miłosza, ów do siebie trzy razy i do Grahame’a, Grahame do Brzechwy a Brzechwa do Milne. Stop. Wiem, co powiedziałby Brzechwa do Milne – banalna historia z dobrym marketingiem. Płonę. Ja i moje neurony. Jest tak, jak trzy lata temu, gdy zaczynałam pisanie. A skoro o gorących podsumowaniach mowa – usłyszałam ostatnio, że ruszyłam onegdaj w nieznane, zostawiając dawne życie w Polsce, rozpędziłam się z blogiem, zupełnie nieźle zaczynając, a potem wyszłam. Za mąż. By the way, właśnie Ukochany zadzwonił i oświadczył, że strasznie gorąco (wielka nowina) i on nie będzie chyba jadł zaplanowanej wołowiny. Za ciężkie i w ogóle. Najlepsza byłaby sałatka z kurakiem. Planowałam rozłożyć się w towarzystwie mrożonej herby i lodów do samej, chłodnej nocy. Sałatka z kurą oznacza podróż do sklepu w nagrzanym do czerwoności samochodzie bez klimatyzacji. Czy ktoś tu nie jest przypadkiem rozpieszczony? Kulinarnie?
poniedziałek, 11 maja 2009
Free Erection
W kraju, w którym przyszło mi żyć – kraju poprawności politycznej i brzydkiej pogody, gdzie ostatnia jest constans, a pierwsza choruje na ekspansję; kraju niesmacznego chleba i absurdów odzieżowych – nareszcie zrobiło się pięknie. Badylaste kikuty zaglądające przez kuchenne okno rozwinęły się w swojską lipę, bratki w koszach wściekle pachną, słowem – zewsząd buchnęło życiem. Nie bez kozery wspomniałam o niesmacznym chlebie. Bolączka powszednia, która spowszednieć nie chciała, więc zakupiłam kolejną maszynę mesmeryzująca. Teraz już nie tylko pralka mnie wciąga, ale i wyrabianie chleba podglądane przez szybkę. I tak sobie myślę, że być może najbardziej przyjazne są zmywarki – żadnych okienek, szumią sobie cicho i swoje robią. Chyba że są już dostępne modele transparentne, o których nie wiem. W drodze do pracy przejeżdżam tuż obok pewnej firmy budowlanej, która w ramach poprawności politycznej jakiś czas temu musiała pozbyć się wieloletniego baneru – Free Erection. Pewnie to free kłuło w oczy i nie szło w parze z biznesem. Wszak teraz wszyscy wysoko cenią swoje usługi. No w każdym razie miejsce po banerze wciąż świeci pustką. Z nowinek po tak haniebnej przerwie w pisaniu – pławię się w szczęściu małżeńskim oraz hay fever. Taki Purple Haze. Również ubyło mi na, jakże cenionej przeze mnie, krągłości. Parę kilo mniej, miseczki znowu B (miłosiernie nazywane jeszcze miseczkami, a wiadomo, że to już niemalże spodeczki) – winię konserwanty, których obecnie spożywam mniej z powodu domowej roboty chleba. I na koniec przyziemne spostrzeżenie – francuska spódniczka typu petticoat robi piorunujące wrażenie na kierowcach typu male. Zatrzyma się każdy – można przejść w najbardziej zwariowanym miejscu ruchliwej ulicy. Dobrego tygodnia.
poniedziałek, 23 marca 2009
Do rosołu
Zmierzch przytula się dziś rozczochranym zamszem. Wieje. Wiosny, jak zwykle, nikt nie złapał za rękę – sypnęła kwieciem, aż miło. Magnolia pękła w szwach zeszłego tygodnia, z każdą chwilą więcej uchyla urody. A ja, trochę przez ten wiatr szalony, a trochę z przekory, tęsknie za pudrowym różem Barbados. Wpadł mi w ręce notes, w którym wtedy notowałam przepisy. Coś o opalonej cebuli, jakaś kula nabazgrana, i że jedną czwartą trzeba wyciąć i dodać jajko. Lub dwa. Czyjś adres na onecie. I żeby nie dzwonić wieczorem, bo w Polsce już śpią. Zachlapane emulsją, to pewnie wtedy nam się zachciało bananowo niedojrzałej kuchni. Jak to dawno i nieprawda. Dziś wieczorem będzie rosół. Oczywiście.
|