O przeróżnych sferach życia Kobiety Modernej opisywanych z perspektywy bezsennych nocy londyńskich. Od pewnego czasu także barbadoskich. Update: znowu londyńskich.
poniedziałek, 14 marca 2011
Dylematy płaskiej dpupy

Ziewnęłam rozdzierająco, przypominając sobie jednocześnie scenę z czasów studenckich, kiedy to o trzeciej nad ranem w klubie, nomen omen, Trans zdarzyło mi się tak właśnie ziewnąć – niestety w obecności pewnego lovelasa, który orzucił mnie szczerością typu: Boże, jaka ty jesteś brzydka! Śmierdziel. W następny weekend miałam na sobie czarną-do-ziemi-obcisłą i wyginając się muzycznie dostrzegłam kątem oka, że lovelas się ślini i marzy o konwersacji typu: Hej, jak masz na imię, gdzie mieszkasz. Akurat. No ale morał tej dygresji jest taki, że nie należy się rozdzierać w obecności mężczyzn.

Tytuł mojego bloga jest teraz bardzo a propos. Nie sypiam. Tak zwane uroki macierzyństwa mi nie pozwalają. Ale, ale – jest i dobra nowina. Znowu wyglądam jak kobieta. Francuz ze mną flirtował w piątek. A to już coś, prawda? Chociaż z drugiej strony – cóż z tego, że mleczna Lara przodem, skoro kompromitująco płaska tyłem. Nie sądziłam, że taka mi się przydarzy.

Wczoraj zza zegara wypadła pożółkła koperta. Wypada mi tutaj nadmienić, że mieszkamy od roku w starym domu rodziców Męża. Oboje odeszli w lepszy świat, więc tym łapczywiej takie liściki nam się czyta.
B. pisze: „
(...) o ile mi wiadomo, zegar ten pochodzi z D. Rodzice zakupili go, gdy byłem małym chłopcem, prawdopodobnie w 1939 lub 1940 roku.
Od roku 1980 jest w naszym domu, w kuchni. Służył nam, pokazując czas aż do roku 1990, kiedy to przestał chodzić. Oddałem ów do naprawy i muszę nadmienić, że za dużo, moim zdaniem, zażądali za tę usługę. (...)’’.
Podpisano: ten i ten, 20 czerwca 1990 roku.


Cypis wyszczerzył właśnie wszystkie trzy zęby, za oknem świat szaleje w słońcu – czas na spacer – trzeba się zachwycać wysypem kwiatów, jakkolwiek banalnie to brzmi.
A wszystkim płaskim i wypukłym –dobrego dnia :)

    

niedziela, 02 stycznia 2011
Z nowym rokiem...

Czasy, kiedy to Cypis jadł i spał, spał i jadł, zdecydowanie odeszły do albumu.
Popadam w łzawy nastój, gdy spoglądam na walizkę z ciuszkami, które już są za małe. Mnie generalnie coś się odmieniło, popłakuję oglądając Monka. Do tego stopnia, że właściwie nie mam żadnej przyjemności z oglądania. W pionie emocjonalnym trzyma mnie tylko Stottlemeyer, jako że ciągle nie mogę ochłonąć z powodu metamorfozy Levine’a. Morderca w milczących owcach, dobrotliwie kąśliwy policjant w Monku. Ot, larwy, motyle i ćmy.
W zasadzie nie o tym chciałam. Wykorzystuję radosny moment drzemki syna i z nadmiaru emocji umyka mi koncentracja.

Chciałam powiedzieć, że kolejny dobry rok za nami. Kule podliczone i czerni było tyle, ile ziela angielskiego w zupie – czyli w sam raz. A może to moja ciąża przesłoniła wszystko inne? Jeśli nawet, to nie umniejsza to mojej szczęśliwości. Od czterech miesięcy nie sypiam jak należy, hoduję lawendy pod oczami, coś tam marudzę o czwartej nad ranem – ale gdy tulę Cypisa, doświadczam uczucia tak pięknego, że nie znajduję słów.

Przed nami nowe wyzwania, prawdopodobnie kolejna przeprowadzka; będziemy potrzebować sporo cierpliwości i wytrwałości.
A Wam, moi Kochani, życzę, by nowy rok był smakowity, niczym migdałowe rogaliki, które właśnie upiekłam
J

poniedziałek, 01 listopada 2010
fruit of the womb

Chciałam pisać o tym, że jesień rozpieściła nas słońcem i inne achy i ochy, ale zmęczenie jest tak wielkie, że nawet nie będę próbować.
We wrześniu przyleciał do nas bocian z najśliczniejszym (oczywiście) synkiem
J
.

Wygląda jak Cypisek, chociaż ani ze mnie Hanka, ni z Męża Rumcajs.
Nie śpimy już prawie dwa miesiące, noce z dniami się mylą, ale nagroda jest nieporównywalna.

Bo nic piękniejszego nad bezzębne uśmiechy Cypisa.

poniedziałek, 22 marca 2010
Piętnasty.

Nasz kolejny dom.
Jeszcze w zgiełku nierozpakowanych kartonów, stosu pudeł i niezgrabnie wypchanych toreb. Ale już niemal oswojony.
Z pięknym ogrodem, w którym z lubością będę się gubić wściekłą zielenią, gdy już przyjdzie jej pora.

***

Snowdonia okazała się łaskawa pogodą i magiczna istotą.
A we mnie pęcznieje nasza Miłość...

poniedziałek, 21 grudnia 2009
Eryri

Z nowym rokiem życzyłabym sobie więcej dystansu.

Do siebie, świata. Do siebie jednak bardziej.

Snowdonia brzmi obiecująco z wielu względów.

I choć szkiełka przekonują, że nie - miło myśleć, że to jednak kraina orłów.

Stamtąd właśnie – do usłyszenia.

poniedziałek, 12 października 2009
puce

Gdy się zapomni o lampie, zmierzch za oknem potrafi zatchnąć. Zachwyca jak zdjęcie z przesłoną, jak pokruszone sieny, umbry i crimsony.
Ale nie, nie.
Wcale nie jestem w pudrowym nastroju.
I istnieją, niestety, innego rodzaju zatchnięcia.
Pierwsze z brzegu – rano makijaż przed toaletką. Niemrawo idzie, bo poranna nieprzytomność, więc wytrzeszczam oczy i ... i widzę, że landlord się wytaszczył ze swej kanciapy z przeciwka i zastygł. Oczywiście, pozbawiam się oddechu i niemalże oka.
Parę dni temu – bratowa w akcji. Przybiega zziajana, cokolwiek przerażona, wymachując telefonem. Że wpadł do wody, że przestał działać i NIC się nie wyświetla, a mąż ma dzwonić za parę minut!
Człowiek zdjęty, nie wiem w zasadzie czym? Litością najpewniej – sięga po tę komórkę i rozbebesza co trzeba i dopiero wówczas się dowiaduje, ze nokia wpadła do muszli klozetowej. Gnojówa. Oto, co sobie pomyślałam, zatchnąwszy się uprzednio.
Aha. Mąż miał dzwonić w sprawie kolacji, bo został sam w domu i SAM musiał dzieciom przygotować strawę.
Nie ma co się wyrywać z pomocą jednak.  

Zwyczajnie się miotam i boleśnie zadziwiam.
Nagle nasza mansarda przestaje być uroczą. W łazience zimno, więc dmucham farelą i do obłędu doprowadza mnie jej szum. Psica landlordów po przymusowym pobycie w obozie (kennel jeśli ktoś woli) dostała wścieklicy i harczy gdzie, i jak może. O różnych porach dnia i nocy.
A już sam właściciel doprowadza mnie do szału. Łupie drzwiami tak, że cały dom się trzęsie w posadach. I szczerze mówiąc, mam w dupie, że pisze kolejną książkę i że jest uduchowiony. Tak uduchowiony, że podczas urlopu w Grecji zapomniał, że żona pływała w morzu – zabrał manele, w tym jej ubrania, wrócił do hotelu i zasnął na amen. A ona wracała prawie naguśka i drżąca przez miasteczko, wystawiona na ostrza ludzkich spojrzeń i macki języków. I w dodatku długo wołała, bo on spał snem sprawiedliwego. Wszyscy, powtarzam WSZYSCY wylegli na balkony. Tak przynajmniej zeznała Olga.
No więc nie mam zrozumienia dla niego i nie o tym zupełnie chciałam.

Rozmawiałam ostatnio przez ten przeklęty komunikator i w potoku zawisło nade mną słowo. Damoklesowe. Pucenfrau!
Z akcentem na pu – to słowo może zatchnąć.
Wystrzelone w dobrej wierze, trafiło nie w płot. Mam nadzieję.

À propos pu. Tak mi się przypomniało, że jednym z plusów pobytu na Barbados były majtki od J Lo. Pupa wyglądała bosko.   

     

czwartek, 01 października 2009
Lullaby

Indian summer. Czas szarlotek , jesiennych paziów i mimoz.
Szklarnia obrodziła gronami.
 Zapomniana, przycupnięta jakoś niezgrabnie przy północnym murze, szkliście mrużyła swe stuletnie oczy. Pod stopami szeleściły stare rozmowy, młode pędy uciekały w świat z niestałym kochankiem wiatrem.  
Olga w zamyśleniu pogładziła poskręcane konary. Z uśmiechem patrzyłam na jej pomarszczoną twarz i niechcący rozsypane białe włosy. Po raz nie wiem który przysłuchiwałam się opowieści o ogrodniku, który całe życie swoje poświęcił winoroślom. I gdy przyszedł czas – żal mu było umierać i do ostatniego tchu objaśniał jak przycinać, a ona przyrzekała, że będzie pamiętać i dbać.
Czy zasnął spokojnie, czy w ostatniej chwili mogła się objawić udręka, niczym u Le Carré’a?
A ona? Czy potrafiła? I co sobie powiedzą kiedyś, gdzieś na granicy światów?

  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21